Korzystając z naszej strony wyrażają Państwo zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies. Używamy ich do celów statystycznych. W programie służącym do obsługi Internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Aby dowiedzieć się więcej na temat cookies, w jaki sposób z nich korzystamy oraz jak je wyłączyć, kliknij tutaj.
[x]
Strona głównaO nasNasza ofertaWarsztatyWarunki uczestnictwa SzkoleniaOśrodekOpinie uczestnikówCzytelniaKsiążki AniKontakt
Pracownia Psychoterapii
i Psychoedukacji
PROMETEA
jest częścią Stowarzyszenia
Profilaktyki Problemowej PROFIPRO 
www.profipro.org.pl
Odwiedzin dziś: 32
Odwiedzin wszystkich: 88545


Rozmowa z Anną Dodziuk, psychoterapeutką, autorką książki ,,Żal po stracie, czyli o przeżywaniu żałoby''

         

"Rz": Ludzie, którzy cierpią po stracie bliskich targani są sprzecznymi uczuciami: z jednej strony chcą wrócić do stanu równowagi, z drugiej – obawiają się, że byłoby to równoznaczne z lekceważeniem przez nich pamięci zmarłego. Jak sobie z tym poradzić?


           Ludzie często tak uważają. Są przekonani, że kiedy przestaną cierpieć, to równocześnie przestaną kochać osobę, która odeszła. Z moich doświadczeń w pracy psychoterapeutycznej wynika coś wręcz odwrotnego: jeżeli coś zrobimy, żeby mniej cierpieć, na przykład podzielimy się z kimś swoim bólem, wówczas cierpienie słabnie i jest więcej miejsca na miłość. Choćby dlatego, że skoro temat przestał być dojmująco bolesny, już nie mamy powodu do jego unikania. A kiedy mniej boli, wtedy łatwiej wracać do wspomnień, odwiedzać grób, rozmawiać z osobami, które znały drogą nam zmarłą osobę.           


           Czyli prawdą jest, że czas leczy rany.         


           Myślę, że ten powszechnie używany slogan jest w gruncie rzeczy szkodliwy, bo zachęca nas do odcinania się od swoich uczuć, do ich tłumienia i stwarzania wrażenia, jakby się nic nie stało. Tymczasem ból straty trwa w nas i wydostaje się na zewnątrz, jeśli coś go przywoła, np. cierpienie kogoś bliskiego. Dlatego chcąc się przed nim obronić, nieświadomie odcinamy się też od cudzych przeżyć i nasze kontakty z najbliższymi stają się oschłe, chłodne, zdystansowane. To tylko przykład, długofalowych konsekwencji nieodżałowania strat jest znacznie więcej, np. pogorszenie stanu zdrowia fizycznego.           


           Należy więc pozwolić swoim emocjom dojść do głosu?         


           Tak, spotkać się z własnymi uczuciami czy wręcz skonfrontować się z nimi. To bardzo trudne, ale wyzwalające doświadczenie. Pracowałam z osobami, które przez wiele lat nie poruszały tematu śmierci bliskich, bo np. uważały, że człowiek nie powinien okazywać swojej słabości albo obciążać innych. Być może nie było wówczas obok nich nikogo, kto byłby gotów ich wysłuchać. Nic dziwnego, przecież nie byliśmy i nie jesteśmy uczeni, jak towarzyszyć innym ludziom w cierpieniu. Nie wiemy, jak się mamy zachować.         


           A jak powinniśmy się zachować?         


           Najważniejsze to po prostu być z osobą pogrążoną w żałobie – tak, jak ona tego potrzebuje. Jedni chcą wtedy rozmawiać albo płakać, inni wolą sami przeżywać rozpacz i smutek. Ale to nie znaczy, że nie jest im potrzebna obecność uważnego i życzliwego człowieka. Takiego, który nie będzie zmieniać tematu, uspokajać, pocieszać słowami w rodzaju „Ludziom zdarzają się gorsze rzeczy” (co może być odebrane jako sygnał lekceważenia) albo właśnie „Czas leczy rany". Ludzie, którzy przeżyli stratę, często boją się, że za mocno absorbują uwagę swego otoczenia, że ktoś ich słucha tylko przez uprzejmość, że nie mają prawa płakać, że zostaną skrytykowani, bo nadmiernie się nad sobą użalają, a powinni wziąć się w garść. Co więcej, te i podobne obawy często są uzasadnione: trudno trafić na przytomną, uważną osobę, przed którą można ujawnić nie tylko swój ból, ale też lęk („Jak ja teraz będę żyć?”) i złość („Jak mogłeś zostawić mnie samą i odejść na zawsze?”).           

           Zwłaszcza podczas szczególnych dni – świąt, rocznic, imienin czy urodzin – nieobecność ukochanego człowieka jest odczuwalna jeszcze wyraźniej. Trudno wtedy przetrwać w samotności i jeśli chcemy pomóc komuś, kto stracił bliską osobę, zwłaszcza wtedy powinniśmy z nim być. Warto zaproponować to nawet parokrotnie, bo nie każdemu łatwo jest przyjąć oferowaną pomoc. Często właśnie taka prosta przyjacielska propozycja: „Posiedzę z tobą, nie chcę, żebyś był sam (czy sama)” zostaje w pamięci na lata, a towarzyszenie w nieszczęściu bardzo zbliża ludzi do siebie.           


           A jeśli człowiek pogrążony w żałobie zanadto się nad sobą lituje?         


           Co to znaczy zanadto? Nie mam żadnej miary ani standardu właściwej ilości smutku czy bólu po ważnych stratach, wiem tylko, że najczęściej jest go bardzo dużo. Kiedy mamy poczucie, że ktoś zbytnio się nad sobą roztkliwia, to raczej oznacza, że sami nie jesteśmy w stanie być blisko tak intensywnych emocji. Czasem potrzebne są dwie, trzy osoby, bo dla jednej towarzyszenie przez dłuższy czas komuś pogrążonemu w głębokiej rozpaczy jest zbyt trudne, wręcz nie do zniesienia.           


Być może jednak jakieś objawy żałoby mogą niepokoić. Ponoć stres spowodowany śmiercią bliskich może wywołać nawet chorobę psychiczną.


           Myślę, że problemy emocjonalne mają raczej ci, którzy się swoimi stratami nie zajmują. A okazywanie silnych uczuć w naszych normach się nie mieści: jeżeli ktoś np. zanosi się szlochem, usiłujemy natychmiast dać mu tabletki uspokajające. Tymczasem głęboki, rozpaczliwy płacz to uzdrawiające odreagowanie rozpaczy, które za pomocą tabletek można tylko zagłuszyć, ale nie uleczyć. Otoczenie często niepokoi się też tym, że osoby, które straciły kogoś bliskiego, słyszą jego głos czy kroki, mają niemal realne poczucie obecności zmarłego, nawet z nim rozmawiają. Rzeczywiście, widać tu pewne podobieństwo do omamów, co w innej sytuacji mogłyby być wskazaniem do wizyty u psychiatry. Sama nie jestem psychiatrą i trudno mi się wypowiadać na ten temat, ale moim zdaniem po stracie takie objawy można uznać za normalne. Natomiast śmierć w najbliższym otoczeniu, jak każde dramatyczne przeżycie, zapewne może przyspieszyć proces ujawnienia się choroby psychicznej o wcześniejszych początkach.         


W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że często nie zdajemy sobie sprawy, jak głęboko w naszej psychice tkwi cierpienie po stracie bliskiego człowieka i jak wpływa ono na nasze życie. No właśnie, jak?


           Ten wpływ, jak już mówiłam, jest różnorodny. Wśród najbardziej bezpośrednich skutków można wymienić obniżenie energii życiowej i utratę radości życia. Stosunkowo często bywa tak, że po śmierci na przykład któregoś z rodziców czy współmałżonka cierpienie jest tak dotkliwe, że włącza się bez naszej wiedzy i woli mechanizm psychiczny, który ma nas ochronić: znieczulenie czy odrętwienie emocjonalne. Ludzie czasem nawet wyczuwają ten moment i opowiadają np.: „Na pogrzebie jeszcze mogłam płakać, a potem wszystko zaczęło być jak za szybą – niby jest normalnie, wszystko widzę, ale prawie nic nie czuję”. Bo nasza psychika nie potrafi wybiórczo odłączyć tylko pewnej części emocji, powiedzmy tych związanych ze stratą, dlatego blednie całe nasze życie uczuciowe. W ten sposób owo znieczulenie nieświadomie przenosi się na relacje z innym ludźmi.           


           W jaki sposób można komuś takiemu pomóc się zmienić?         


           Człowiek sam musi tego chcieć. Czasami otrzeźwienie nadchodzi wraz z jakimś życiowym wstrząsem, dla niektórych może to być na przykład groźba rozwodu ze strony współmałżonka. Jeżeli taka para przyjdzie na terapię, to może się okazać, że źródłem chłodu emocjonalnego jednego z partnerów jest „zamrożenie” uczuć po stracie, jakiej doznał w dzieciństwie. A czasami powodem poszukiwania pomocy jest po prostu to, że człowiek źle się ze sobą czuje, cierpi, chciałby odbierać świat inaczej, bardziej żywo.           


           Ci, którzy zostają, borykają się często z poczuciem winy z powodu tzw. niezałatwionych spraw ze zmarłą czy zmarłym.         


           Przeszkadza im nie tylko poczucie winy, ale i w ogóle poczucie niezałatwienia jakiejś ważnej sprawy z osobą, która nie żyje. Ale przecież jej już nie ma – taki pada zwykle argument. Można jednak niedomknięte sprawy domknąć w sposób symboliczny, np. poprzez napisanie listu z przeprosinami czy porozmawianie ze zmarłym na jego grobie. Jeśli zrobiło się za jego życia coś nie tak, można pomyśleć o zadośćuczynieniu, oczywiście wobec innego człowieka. Ktoś, kto np. wyrzuca sobie, że nie pożegnał się z matka przed śmiercią, bo zlekceważył wezwanie rodziny, może przez pół roku czy rok co tydzień pomagać w hospicjum jako wolontariusz.           

           Czasem taką niezałatwioną latami sprawą pozostają pragnienia i marzenia. Spotkałam wiele osób zamrożonych wewnętrznie w oczekiwaniu na jakiś niemożliwy już do zrobienia gest czy niewypowiedziane słowa ze strony nieżyjącej osoby, np. na pochwałę ze strony ojca. Jeżeli sobie to uświadomimy, możemy starać się uzyskać niejako w zastępstwie aprobatę kogoś, kto jest dla nas autorytetem.           


Niektórzy mają szansę przygotowania się do żałoby. Na innych spada ona nagle. Na ile to wpływa na sposób jej przeżywania?


           Osoby, które mogły się do niej przygotować, zwykle lepiej znoszą stratę. Nieraz słyszałam wypowiedzi kobiet i mężczyzn, którzy spędzili z matką czy ojcem ostatnie dni ich życia i mówili o tym – chociaż brzmi to paradoksalnie – z głęboką radością. Mieli bowiem szansę powiedzieć sobie wszystko, co ważne, okazać miłość i troskę, doświadczyć okazywanej im miłości.           


Ponoć ludzie żyjący w szczęśliwych związkach, jeśli stracą partnera, łagodniej przechodzą żałobę. Gdzie kryje się źródło tego paradoksu?


           Przede wszystkim trudno powiedzieć, czy rzeczywiście zwykle się tak dzieje. Znam kilka takich sytuacji i myślę, że w tych związkach nie było niezałatwionych spraw albo było ich mało, bo partnerzy otwarcie się ze sobą komunikowali. W jednej z książek z serii „Balsam dla duszy” pewna kobieta wspomina rozmowę z ojcem po pogrzebie matki. Kiedy powiedziała mu, jak bardzo żałuje, że mama nie dożyła swoich 85. urodzin, ojciec odpowiedział, że chętnie by je świętował, ale cieszy się, że dożyli w szczęściu 84.           


           Z drugiej strony, według psychologów, najbardziej stresogennym doświadczeniem w życiu jest śmierć współmałżonka.           


           Nie jest to teoria, tylko wyniki badań, w których osoby po takiej stracie miały największe nasilenie objawów stresu. Śmierć współmałżonka określiła więc najwyższy punkt na skali stresu z przypisaną do niego wartością 100, tak jak temperatura wrzenia wody wyznaczyła 100 stopni na termometrze ze skalą Celsjusza. Takie wydarzenie wiąże się z ogromnym stresem, gdyż wymaga całkowitego przebudowania życia, i to na wielu płaszczyznach, od najbardziej ogólnych przekonań i wartości po codzienne drobne nawyki, jak choćby sposób jedzenia śniadania. Konieczność tak ogromnego i wielostronnego przystosowania pochłania mnóstwo energii i jest niesłychanie stresująca, w dodatku człowiek staje przed takim zadaniem w czasie, kiedy przeżywa ogromne cierpienie związane ze stratą.           


Za granicą istnieją grupy wsparcia dla osób, które straciły bliskich, a jak jest z tym w Polsce?


           Wiem, że w internecie na polskich stronach jest takie forum, funkcjonujące jako grupa wsparcia dla matek, które straciły dziecko. Parę lat temu istniała też w Warszawie podobna grupa wsparcia przy Fundacji „Rodzić po ludzku”, jednak została rozwiązana. Nie słyszałam o grupach psychoterapeutycznych zajmujących się właśnie żalem po stracie. Mnie samej zdarza się czasem, kiedy pojawi się zapotrzebowanie, poprowadzić kilkudniowe spotkanie poświęcone tej problematyce. W USA czy Zachodniej Europie z pewnością łatwiej byłoby znaleźć taką grupę terapeutyczną czy grupę wsparcia, ale stanowią one kroplą w morzu w porównaniu z ilością np. grup dla osób uzależnionych czy ofiar przemocy.         


           Przeczytałam gdzieś, że żałoba jest stanem, który wcześniej czy później dany będzie każdemu człowiekowi. Jak pogodzić się z tak trudną prawdą, zwłaszcza kiedy rozpamiętuje się jeszcze żal po odejściu ukochanej osoby?         


           Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sądzę, że warto robić to samo, co w przypadku innych trudności natury psychologicznej: nie ukrywać swoich uczuć, ale dzielić się nimi, dawać im możliwość ujścia. Kiedy mówimy albo piszemy o nich, przestają krążyć w naszym wnętrzu bez możliwości zmian. Czasem sama możliwość przyjrzenia się własnym myślom i emocjom w świetle dnia powoduje, że przestają być tak dokuczliwe. Poza tym okazywanie uczuć umożliwia odreagowanie przynajmniej części z nich, co pozwala łatwiej sobie z nimi radzić. I wreszcie pojawia się możliwość wprowadzenia większego porządku i lepszego zrozumienia procesów psychologicznych związanych z przeżywaną żałobą. Nabiera się wówczas dystansu do siebie i własnych, nawet tych najtrudniejszych i najbardziej bolesnych doświadczeń.           


           Rozmawiała Izabela Redlińska         


[wywiad ukazał się w „Rzeczpospolitej”]           

..............................................